sobota, 26 marca 2011
z bani.
uwielbiam ten dzień. pamiętam weszłam do szkoły trzymając w rękach 3 zeszyty formatu a4. zapierdalałam w swojej czarnej , rozkloszowanej spódnicy , w fioletowej bluzce, a na nogach miałam moje czarne szpile z kwiatuszkiem. zanim weszłam do budy wiedziałam , że będziesz tam stał. chcąc Ci pomachać upuściłam zeszyty. rzuciłeś się by mi pomóc. schyliliśmy się jednocześnie. ja przyjebując swoim łukiem brwiowym w Twoją głowę. przetarłam swą chłopowatą ręka po łuku- wszystko gra. krew się nie leje. grzecznie podziękowałam za pomoc. więc gdy Ty trzymałeś mój zeszyt , niechcący otworzyłeś go na stronie z aniołem . taa. moja mania rysowania aniołów wyszła na jaw. zacząłeś pieprzyć , że pięknie rysuję, że powinnam się ujawnić, że lubisz sztukę i o innych chujmnietoobchodzi rzeczach. przytakiwałam i uśmiechałam się jak debilka. patrzyłam w Twoje oczy , które tak kurewsko pasowały do Twoich blond włosów. gówno obchodzi mnie to , że masz odstające uszy. masz za to cudny sweterek. jego błękitny kolor... nie mogę o nim pisać, gdyż za bardzo mnie to podnieca.co było dalej.. nie pamiętam . przypierdalając w Twoją głowę moją musiało mi się coś pochrzanić w bani, bo dalej zemdlałam. pamiętam tylko , że obudziłam się leżać na Twoim cudownym , niebieskim sweterku . a na sobie miałeś koszulkę, którą obiecałeś mi dawno dawno. wyciągnęłam z torby podręczną patelnie i zagroziłam, że jeśli mi jej nie dasz, to i dostaniesz w łeb i ,i tak ją stracisz. oddałeś mi ją dobrowolnie. a potem... potem zostałeś moim mężem.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz